Urodził się 2 lutego 1947 roku w Sieniawie na Podhalu i tam
rozpoczął swą edukację w stopniu podstawowym. Równolegle jednak
pilnie uczęszczał do podstawowej szkoły muzycznej w Nowym Targu,
gdzie uczył się gry na skrzypcach. Po siedmiu latach nauki bez trudu
dostał się do Liceum Muzycznego w niemal rodzinnym Nowym Targu,
gdzie kontynuował swe muzyczne wykształcenie na podobnym do
skrzypiec instrumencie, który nazywa się altówką. Nie miał chyba
wówczas nadmiaru zajęć, gdyż pozwolił sobie na równoczesne
pobieranie nauk praktycznych w miejscowym Technikum Lutniczym. Po
dwóch latach kształcenia się w stopniu średnim zdecydował
samodzielnie, że czas najwyższy na zmianę szkoły i trafił do
Krakowa. Tu w Liceum Muzycznym im. Fryderyka Chopina nadal
doskonalił swe umiejętności w klasie altówki, ale także tu zetknął
się bezpośrednio z prof. Alojzym Thomysem, który prowadził swą
eksperymentalną klasę jazzu. Uczniami tej klasy byli jego
rówieśnicy, Zbigniew Seifert, Janusz Stefański i Jan Jarczyk. Młody
Gonciarczyk szybko porozumiał się ze swoimi kolegami w języku muzyki
i znalazł swoje miejsce w Kwartecie Seiferta jako kontrabasista.
Wkrótce jednak kwartet Seiferta przerodził się w Kwintet Stańki, a w
tym zespole kontrabas obsługiwał już Bronisław Suchanek.
Po maturze Gonciarczyk wstąpił do Państwowej Wyższej Szkoły
Muzycznej w Krakowie i tam, jak to było w jego zwyczaju, studiował w
dwóch kierunkach, zarówno w klasie altówki jak i kontrabasu, z
którego w terminie uzyskał dyplom pod kierunkiem prof. Ryszarda
Dauna.
Zawodową karierę muzyczną jako instrumentalista Jan Gonciarczyk
rozpoczął u schyłku lat 60-tych w słynnym zespole Pieśni i Tańca
Uniwersytetu Jagiellońskiego o nazwie Słowianki. Po dwóch latach
doświadczeń z tym zespołem przyszła kolej na pracę z legendarną
Anawą pod muzycznym kierownictwem Jana Kantego Pwluśkiewicza.
Atrakcyjna przygoda z niezwykle popularną grupą nie trwała zbyt
długo. Wewnętrzny niepokój ciągnął go mocno w stronę jazzu. I oto w
1971 roku zawiązał się Kwartet Henryka Słaboszowskiego, w którym
Gonciarczyk i jego kontrabas znalazł swe trwałe miejsce. W 1973 roku
zespół Słaboszowskiego zdobył ex equo z Laboratorium, pierwsze
miejsce na festiwalu Jazz nad Odrą, a w rok później tryumfował już
samodzielnie, a wyróżnienia indywidualne otrzymali wszyscy
członkowie kwartetu, to jest lider pianista, skrzypek Zygmunt
Kaczmarski, perkusista Jerzy Bezucha i oczywiście kontrabasista Jan
Gonciarczyk. Był to bezprecedensowy przypadek w długoletniej
historii wrocławskiego festiwalu. Ten sukces otworzył im na oścież
wrota PAGART-u, który jako ówczesny monopolista decydował o
wysyłaniu polskich zespołów za granicę.
W 1974 roku uczestniczyli w jazzowym festiwalu w Belgradzie obok
takich gwiazd jak Stan Getz, McColl Tinner, czy Sunny Rubins. W tym
samym roku Gonciarczyk zastąpił chorego Maciej Górskiego i z
kontrabasem, samochodem marki żuk z plandeką, nieczuły na deszcze i
chłody przemierzał Polskę wraz z grupą Laboratorium.
Po rozwiązaniu się kwartetu Słaboszowskiego, który jakiś czas
występował też jako kwintet z saksofonistą Zbigniewem Czarneckim,
Gonciarczyk wrócił do Anawy. Zespół ten był wtedy u szczytu swej
popularności, a wśród licznych zagranicznych wojaży odbył
trzymiesięczną trasę koncertową po krajach byłego Związku
Radzieckiego. Pracując w Anawie nie odciął się całkowicie od jazzu.
Filharmonie w Warszawie i Krakowie gościły go w trio z Teddym
Willsonem i Januszem Stefańskim, a jako dyspozycyjnego kontrabasistę
sporadycznie powoływały go rozmaite jazzowe formacje, a to do
koncertów, a to do nagrań. W tamtym okresie zawiązał też pierwsze
kontakty z tradycyjną wrocławską grupą "Sami swoi".
Lata 1979-80 w karierze Gonciarczyka to zupełnie odmienne zawodowe
doświadczenia. Został muzykiem Capelli Cracoviensis pod dyrekcją
Stanisława Gałońskiego. Po tym spotkaniu z klasyką wrócił do "Samych
swoich" i z tą kapelą związany był na długo.
Kiedy nastała już wolność Jan Gonciarczyk jakoś nie potrafił
odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie wykorzystywał swojej
utrwalonej pozycji wyśmienitego muzyka, nie zabiegał o stałe miejsce
w jakimkolwiek składzie, nie wpraszał się nikomu jako dyspozycyjny
muzyk sesyjny. Ale żyć przecież z czegoś trzeba było. Pozostały więc
długie rejsy statkami po morzach i oceanach świata…
Na pytanie o poza muzyczne zainteresowania Gonciarczyk odpowiada
krótko: destylacja frakcyjna i pirotechnika. Nie znaczy to wcale, że
pędzi bimber i konstruuje bomby, chociaż ryzyko lubi. Mieszkańcy
Wieliczki, gdzie od lat zamieszkuje, widywali go niejednokrotnie w
latach 70. minionego stulecia jak z kontrabasem na ramieniu
wskakiwał do rozpędzonego już pociągu relacji Wieliczka Rynek -
Kraków Główny.
Wiesław Siekierski
|